wtorek, 26 września 2017

Złombol 2017 - Polonezem do Noja w Kraju Basków

Pozwolicie, że relacja z tegorocznego wyjazdu zostanie zawarta w jednym artykule.
Działo się dużo, ale nie chcę tego rozbijać.
To co, lecimy z tematem.
Po wypadku rok temu miałem odpuścić tegoroczny start. MZ nie została naprawiona i dalej czeka na swój czas. Może tej zimy w końcu ją ogarnę. Na szczęście jest na tym świecie trochę więcej wariatów. Dogaduję się z "klatkowym Sąsiadem" i powstaje plan. Startujemy autem!
Oczywiście czeka nas parę problemów/drobnostek - kwestia naszych Żon, dzieci, psa... czyli wszystko sprowadza się do Żon ;) Te na szczęście bardzo głośno nie protestują. Przynajmniej na początku, bo im bliżej 1 września tym ich protesty przybierały na sile.
Drugą drobnostką jest taka prozaiczna rzecz, jak brak auta. Coś trzeba wymyślić. Po głowie chodzi nam Skoda Favorit. Wynajdujemy jedną w Kielcach. Niestety ktoś nam ją zgarnia przed samym nosem. Niepocieszeni szukamy dalej. Skod nie ma. Pojawia się Polonez. Niestety nie stary Borewicz (te są za drogie), ale nowsze Caro Plus GSI. Rok produkcji 1998, ale to dalej Polonez. Stoi w garażu blaszanym gdzieś na śląsku. Jedziemy! Był tutaj:

Przy temperaturze -27 stopni Celsjusza nasze oględziny sprowadzają się do tematu - jak odpali i da się nim jechać to znaczy, że jest sprawny. Odpalił, pojechał... no i wrócił z nami do Krakowa. Cóż to była za jazda, mróz, zamarznięte szyby, spryskiwacze, auto jedzie gdzie chce. Sama przyjemność. No i ten zapach Poloneza. Nie da się wyplenić z Poloneza tego zapachu. Każdy tak śmierdział, śmierdzi i nasz :)
Przez najbliższe kilka miesięcy trwał proces poszukiwania Darczyńców, przygotowania Poloneza (dzięki Szymek!!) i przekonywania naszych Żon, że będzie wszystko w porządku ;)
Nasz nabytek okazał się być w całkiem niezłym stanie. Wymiana olejów, montaż katalizatora, wyważanie wału, remont hamulców, zmiana reflektorów i jeszcze kilka drobiazgów i auto gotowe. W sumie to najważniejszą kontrolę już przeszło:
Trochę pojeździliśmy i potestowaliśmy. Coraz bardziej podobała nam się jazda naszym komunistycznym wynalazkiem.

Tuż przed startem oklejamy nasze auto naklejkami Darczyńców. Jedzie też z nami Szczerbatek, którego w podróż wysłały zaprzyjaźnieni Ada i Kuba, wpłacając pln na rzecz Fundacji!




To już znak, czas ruszać! Startujemy z Piotrem spod domu i jediemy do Katowic na Late Night Check In. Bez problemów potwierdzamy zebranie wymaganej kwoty (a udało się zebrać kwotę wielokrotnie większą od wymaganej :) ) i dostajemy numery startowe. W tym roku nasz numer to 11, tak jak XI edycja Złombol!
Po chceck in powrót do hotelu, piwo, Zygmunt Chajzer, Gołąb.... takie tam szczegóły, które powodują, że wieczór mija w niezapomnianej atmosferze :) Potem spanko.
Rano zwijamy sie szybko i jedziemy ustawić się na starcie. Jako, że odprawę mamy już wczoraj mamy teraz czas dla siebie, mediów i naszych znajomych i przyjaciół, którzy nas przyjechali pożegnać (może z nadzieją, że nas więcej nie zobaczą ;) )
Punktualnie w południe RUSZAMY! Obieramy z Piotrem trochę inną trasę, niż większość załóg. No cóż. Musimy na następny weekend już być ponownie w domach. W drodze powrotnej nie będzie czasu na zwiedzanie. Za to możemy trochę pozwiedzać w drodze "tam". Stąd decyzja, że odbijamy mocno na południe i przez Słowację, Węgry i Słowenię jedziemy do Włoch a potem Lazurowym Wybrzeżem do Andory i tam już prosto na północ do Kraju basków, do Noja.
W drogę! Już w samych Katowicach robimy błąd i zamiast od razu odbić w lewo ulegamy sugestii Policjanta i jedziemy w prawo, zawrotka na rondzie i czekamy 20 minut, bo wstrzymano ruch wypuszczając inne Złombolowozy. Bez większych problemów docieramy do Bratysławy. Na autostradzie utrzymujemy prędkość przelotową w granicach 110-120kmh.
Od Węgier zaczyna padać, w Słowenii jest to już ściana wody. Decydujemy się jechać nocą, bo mamy siłę, ochotę... i nie chce nam się spać w deszczu ;)
Nasza aktywność sprowadza się do jadę, tankuję, jadę, tankuję. Zmieniamy się za kierownicą co jakieś 200-250km. Jest dobrze.



Po północy wjeżdżamy do Włoch. Przestaje też padać. Lecimy od Novej Goricy w kierunku Wenecji, Werony, Piacenzy, Genua i dalej na San Remo. Robimy szybką drzemkę gdzieś na stacji przy autostradzie, 2h i lecimy dalej.
Nie da sie ukryć, że jedziemy przez tereny rolne.... od tej pory ten rejon Włoch będzie nam się kojarzył tylko z jednym zapachem... i nie  będzie to zapach atrakcyjnych Włoszek ;)
Koło południa udaje nam się dojechać do Vetinmiglia, niedaleko od granicy z Francją. Wbijamy się na camp i idzemy zwiedzać miasteczko, zaliczamy plażę i morze. Jest super ciepło i słonecznie. Ekipy, które wybrały trasę przez Niemcy i Francję marzną i mokną cały czas. No cóż... wybraliśmy lepiej ;)




 Wieczorem na camp wpada zaprzyjaźniona ekipa ŚFiatAgro - jak widać na zdjęciach kolacja przy zimnym winie. Na rano planowaliśmy wizytę w Monako. Jednak przy wieczornych dyskusjach pada hasło, że odpuszamy miasta i jedziemy zobaczyć Kanion Verdon. Oj dobra to była decyzja.
Początkowy podjazd na ponad 1000mnpm trochę dął nam w kość, choć była to tylko przygrywka przed Andorą.
Później jest tylko piękniej i piekniej. Coraz bardziej cieszymy się z wyboru tej trasy.




Na wieczór dojeżdżamy do Agde/Vies i tam wbijamy się na znamy mi camping.

Po drodze odpadło nam wewnętrzne lusterko. Będzie to nasza jedyna awaria na tym wyjeździe. No może na koniec jeszcze mały wyciek, ale niegodny uwagi ;)
Rano ruszamy w kierunku Andory. Droga jest piękna. Wjeżdżając do Andory wybieramy starą trasę przez przełęcz, omijamy nudny tunel. Wspinamy się na ponad 2400 mnpm. Polonez ledwo daje radę na jedynce na niektórych nawrotkach. Ogrzewanie na full, gaz na full i jedziemy ;)

W Andorze jedziemy do fabryki rowerów (Commencal). Oczywiście całujemy klameczkę, bo trwa sjesta ;) Wracamy do Andory (stolicy), szybkie zakupy alkoholu i perfum (jest to strefa bezcłowa, więc te artykuły i tytoń są wyjątkowo tanie). Paliwo też poniżej 1 EUR za litr. Wracamy zobaczyć rowery i lecimy w kierunku granicy z Hiszpanią. W korku na granicy spędzamy w upale 45 minut. Co chwilę ktoś jest kontrolowany. Nam udaje się przejechać bez kontroli (mogliśmy kupić więcej alkoholu :( ).
Po chwili jesteśmy w Hiszpanii i jedziemy w kierunku Lleida. Po drodze jednak wpadamy na kontrolę drogową. No coż, Pan Policjant mówił po Hiszpańsku i być może jeszcze po Hiszpańsku... trochę nam zeszło wytłumaczyć co my tam robimy (zrozumiał? ) i że nei mamy papierosów ze sobą... przecież to niemożliwe!
Do Lleida docieramy wieczorem. Po drodze temperatura wieczorem osiąga 38 stopni na zewnątrz. Oj, gorąco nam było. Nocleg mamy w Ibis Budget... po tym, jak wykonano "drzwi" już wiemy skąd Budget w nazwie ;)
Z rana w hotelu niespodzianka. Na recepcji poznajemy Polkę, która tam pracuje. Chwila rozmowy i jedziemy dalej. Dziś meta! Kraj Basków.
Po drodze trafiamy na front atmosferyczny, w którym non stop jechali nasi koledzy trasą północną.
Droga jest bardzo przyjemna i atrakcyjna widokowo. Na wschód od nas mamy cały czas masyw Pirenejów.


Po drodze docierają nas wieści, że nie ma szans na nocleg na campingu z metą. Pomińmy tutaj powody. Decydujemy się na nocleg w jednym z hotelików obok. Popołudniem i bez przygód jesteśmy na miejscu! META! Coraz więcej złombolowych załóg, coraz wesel ;)




Wieczorem impreza na plaży. Spotykamy kilku znajomych z poprzedniej i tej edycji. Potem zasiadamy nad rudym płynem z ekipą, która uratowała mnie rok temu na autostradzie za Palermo, kiedy spadł mi łańcuch. Mocno po zmroku wracamy do hotelu.
Ranek wita nas ciemnym niebem. Słońce wstaje tu znacznie później. Czas wracać!
Na cel dnia obieramy Clermont Ferrand we Francji... JAAAAAAAKAAAA TUUUUU NUUUUUUDAAAAA.... jeszcze nigdy tak się nie unudziliśmy w trasie! No dobra, minęliśmy wydmy, wulkany itp... ale NUUUUDA! Na miejscu idziemy upolować jakieś jedzenie... przynajmniej już wiem, że we Francji do MC Zestawu można dostać zamiast coli piwo... wybór był prosty ;) potem drugie piwo w barze z lokalesami i spaaaać!. Emocjonujący dzień jak cholera ;)
Przedostatni dzień to jazda do Niemiec, Herrenberg pod Stuttgartem. Jest tylko troszkę mniej nudno niż wczoraj ;) W Niemczech przejeżdżamy koło skoczni narciarskich w Titisee-Neustadt. Widoki trochę rekompensują dotychczasową nudę.
Sam Herrenberg okazuje się być przyjemnym, małym miasteczkiem. Kolacyjka, spanko.

Ostatni dzień... w hotelu podziwiamy klamkę do drzwi... kojarzy nam się z jednym symbolem... na wszelki wypadek nie robimy zdjęć, bo nas google i facebook zbanuje ;)
Jeszcze fotka Szczerbatka -
i w drogę! Dziś przed nami ponad 1000km. Po drodze bez jakichkowliek problemów, Pan z Porsche na pewno chciał się zamienić na auta, potem Niemcy kradli nam nasz polski wiatr ;) w Polsce zrobiło się już ciepło i słonecznie. Docieramy na wieczór. 
Jeszcze nigdy, żaden powrót nie był tak nudny ;) W Niemczech zaczęła sie pocić górna rura chłodnicy.... ale szkoda było czasu. Dojechaliśy z taką usterką, wykapało kilkadziesiąt kropel płynu. Naprawimy to teraz jesienią.
Podsumowanie. Było krótko, za krótko. Było ekscytująco (nie licząc drogi powrotnej), było bezawaryjnie, było ciepło, było miło! Takie złombole lubimy! Przejechane jakieś niecałe 6 tyś km. Spalanie na zaskakująco niskim poziomie (średnia koło 8/100).
No i co? Nie da się podróżować Polonezem?

środa, 26 lipca 2017

Jaki tu spokój...

nic się nie dzieje...
.
.
.
Bo nie ma czasu na pisanie ani na jeżdżenie. Dom, praca... wszystko zajmuje cenny czas.
Jeżdżenia na moto nie ma za dużo. Skupiam się w tym momencie na przygotowaniach do startu w XI edycji Złombol. W tym roku samochodem. Nasze postępy prac i relację z udziału można śledzić na FB: www.facebook.com/RezerwatPrzygody/
Zachęcam do polubienia lub dodania do obserwowanych.

czwartek, 13 kwietnia 2017

Złombol 2016 - MZ na Sycylię dzień 13 - 2016-10-07

Poranna pobudka. Noga... kiepsko. Będzie kopanie lewą.
Oddaję klucze i ruszam. Po wyjechaniu za bramę... chyba śnię! Taka mgła? Nic nie widać. Rozjadą mnie. Ledwo trafiam w stację benzynowa. Dosłownie! Tankowanie, kop, jedziemy. Po 2km Prrrrr brak prądu.
Rzbieram moto, patrzę, przeglądam, wirnik, stojan, bezpieczniki, wymineiam regulator, prostownik... wszystko. NIC! Brak prądu. Mam ochotę zadzwonić po pomoc i się położyć i płakać. ostatni dzień!! Ludzie!
Świta mi w głowie, że coś nie pasuje mi na puszcze bezpieczników. Jakby brakowało jednego kabelka z 3 na jednym bezpieczników. Znjaduję gada gdzieś za aku! To gad. Kop.... 14.2V no!! pakujemy się i jazda.
Mam na sobie: bieliznę termiczną, sofshell, podpinkę, kurtkę/spodnie, odzież przeciwdeszczową. Marznę i tak jak cholera. Podnóżki na pasie i gumach latają jak chcą, rolgaz się zacina... ale do domu już nie jest daleko. W Martin staję zatankować. Nie jestem w stanie utrzymać dystrybutora w ręku. Odstawiam moto i wchodzę do sklepu się ogrzać :(
Ruszam w kierunku Chyżnego. Telepie mną z zimna. Po drodze kilka kontroli Policji. Oby mnie nie zatrzymali. Udaje sie. Mijam tabliczkę graniczną Polski! Staję na stacji w Chyżnem. Nie jestem w stanie pić z kubeczka. Wylewa mi sie. Przelewam do dużego, jest lepiej ;)
Telefon do domu, do znajomych. Zakopianka... dla mnie jest już ciepło. Jest słońce, są ostatnie kilometry. i w końcu jest Kraków, dom!
Ściągam bagaże, sprowadzam MZ do garażu. Idę do wanny z ciepła wodą na 2h. Zaczynam się powoli ogrzewać.

Podsumowanie
13 dni plus dzień 0. razem dwa tygodnie.
Przejachany dystans: od Katowic jakieś 5300 km plus 100 do Katowic. Razem 5400 km
Spalanie... około 5l/100km. Około, bo padł licznik jeszcze na Słowacji.
Spalone jakieś niecałe 6 litrów oleju do 2T
Usterki: linka prękdościomierza, spadnięty łąńćuch, uszkodzona guma zabieraka, uszkodzony w efekcie czujnik luzu. Brak prądu 3x.
Wypadek - 1x :(
Koszty... nieznane.
Pomoc dla Dzieciaków - ponad 1 000 000 zł MILION PONAD MILION
Czy kiedyś to powtórzę? Na pewno. W roku 207 planujemy start polonezem.
Zapraszam na nasz FB https://www.facebook.com/RezerwatPrzygody/ Rezerwat Przygody Złombol

Czy było warto? Oczywiście. Uśmiechy Dzieci są bezcenne a nasza zabawa przy tym olbrzymia. Poza tym warto sobie samemu czasami udowodnić, że coś można zrobić w życiu ;)

Złombol 2016 - MZ na Sycylię dzień 12 - 2016-10-06

Poranny widok w Korenicy nie budzi we mnie zachwytu. temperatura na minusie.

Startuję w kierunku Plitwickich, Zagrzebia i dalej przez Słowenię w kierunku Szombathely i północy Węgier.
Jazda w ujemnej temperaturze.... koszmarek. Ręce mam zgrabiałe, oczy łzawią... ech. Cieplej robi się dopiero za Zagrzebiem. Wjeżdżając na Słowenię mam rozmowę z celnikiem. Pyta się co mam w sakwach. Mówię że imigrantów. Trzech z tyłu i jedno dziecko w tankbagu. Pomacał mi tankbag i rzecze "ech, nie ruszają się już, możesz jechać" ;) Ot i cała kontrola :P
Przez Węgry jedzie się początkowo dobrze. Potem zaczyna lać deszcz. Szukając noclegu i patrząc na czas uznaję, że uda mi się dojechać do Słowackiego Komarna. 50km przed Komarnem z bocznej drogi atakuje mnie węgierski autobus. Mój pierwszy w życiu ślizg na asfalcie. Prędkość koło 80kmh, zakręt.... noga pod sakwą. Mnie napitala kolano, motocykl uszkodzony. Kiepsko. Ludzi z autobusu wyciągają mnie spod motocykla. Próbuję chodzić... kiepsko. Ale w adrenalinie nie czuję połowy tego problemu.
Szacuję straty w motocyklu. Urwane podnóżki, rozwalony rolgaz, lusterko, jakieś inne pierdoły.
Próbuje to poskładać. Podnóżki montuję na pajączkach/ekspanderach, rolgaz na dużej podkładce i wielkiej śrubie, lusterko olewam. Klamka hamulca złamana. Można hamować jednym palcem. Przy urwanych podnóżkach hamowanie tyłem też jest kiepskie.... czyli będziemy zwalniać, ale nie hamować.
No nic. Kop, pali... jedziemy. Po 5km pada prąd. Okazuje się, że to akumulator zrobił zwarcie (przesunął się w mocowaniu). Poprawa mocowania aku, wymiana bezpiecznika. W drogę. Noga boli, jedzie się okropnie. Docieram do Komarna. Wbijam sie na nocleg. Wieczorem jeszcze poprawa mocowań podnóżków. Długie rozmowy przez telefon, FB, sms. Kilka osób może pomóc, jedna chce przyjechać "już".
Jestem uparty, nie będę nikogo ciągał po nocy. Aczkolwiek zdecydowanie jest to ten moment, kiedy moge się przekonać komu na mnie zależy ;) Jestem zaskoczony niektórymi ofertami pomocy. Nie spodziewałem się. Dziękuję Wam wszystkim. A Tobie w szczególności :)

Złombol 2016 - MZ na Sycylię dzień 11 - 2016-10-05

W nocy bujało konkretnie. Na śniadaniu na promie jest mało osób chętnych do jedzenia ;) Mi smakuje.
Widok wybrzeża Chorwacji o świcie zwala z nóg. Przynajmniej mnie




Jeszcze tylko odprawa paszportowa (jakiś zgrzyt był z MZ, ale obyło się bez dłuższego stania). Wjeżdżam w Dubrowniku na znajomą stację przy porcie i ogień w kierunku Splitu.
Nigdy nie myślałem, że będę na Chorwacji jechać magistralką na ponad 30to letniej MZ... i to jeszcze wracając z Sycylii. Coś pięknego.
Niestety zaczna wiać mocny wiatr. Bardzo mocny wiatr. Mijam odcinek Bośni, mijam Split.
Na wysokości Szybenik po krótkiej rozmowie z władzą ;) rezerwuję nocleg w Korenicy koło Jezior Plitvickich. Wiatr na magistralce uniemożliwia jazdę motocyklem. No cóż. Droga do Korenicy wiedzie przez góry Paklenicy... jest wysoko, bardzo zimno, bardzo wietrznie. Różnica między górami a magistralką jest taka, że na magistralce wiatr mógł mnie zepchnąć do morza a tu może mnie zepchnąć w przepaść. Rozpatrywanie co jest lepsze to jak wybieranie między dżumą a cholerą.
Dojeżdżam do Korenicy. Jest naprawdę zimno. Jestem zdrowo wymarznięty. Na szczęscie gospodyni zagrzała mi w pokoju, zapewniła gorącą herbatę i czekoladki. Jak tu się nie cieszyć?
Zostały dwa dni na powrót z rajdu... ostatnie dwa dni. Jutro kierunek Węgry.

Złombol 2016 - MZ na Sycylię dzień 10 - 2016-10-04

Rano wyruszam w kierunku Bari. Oczywiście omijam wszelkie autostrady. Widoki są przyjemne. Chcę być w Bari na tyle wcześniej, żeby spróbować zmienić rezerwację z miejsca siedzącego na promie na kabinę. Na jutro planuję przejazd przez Chorwację z Dubrownika w kierunku Senj.
Do Bari docieram bez większych problemów. Objechanie Tarentu dookoła się nie liczy. Na pewno było celowe ;) Brawo Garmin.
W porcie w Bari melduję sie po południu. Nabrzeże puste, kasy otierają dopiero na 2h przed promem. No to super. Plażing, leżing, opierdaling się ;)
Na wieczór zjeżdżają się motocykle (głownie GS) i Ferrari, Lambo itp. Motocykle na blachach włoskich, wypasione fury na albańskich ;) Coś więcej trzeba mówić?
W każdym bądź razie ludzie zdjęcia robią sobie z MZ a nie z Ferrari :)
Otwierają się kasy, udaje sie zrobić rezerwację kabiny! Można iść spać. Ale najpierw trzeba się dostać na prom. Jest lekkie zamieszanie. Dwukrotnie mnie zawracają. Trzeba dojechać 2km do promu od kas. OK. Bus już jeździ  po pieszych pasażerów ale motocyklem nie wolno. W końcu, po zmroku sie udaje. Prom.... to brzmi dumnie, ale ta łajba duża nie była. Wjeżdżam, mocuję moto z gościem z promu wg mojego widzimisie, bo tamten chciał mi urwać boczną stopkę. Po prostu nie ogarniał mechaniki dwutaktów sprzed 30 lat ;)
W nocy buja na promie konkretnie. Nad ranem ludzie będą chodzić zieloni.